• ółążść‡

Rok św. Józefa

Rok św. Józefa

 8 grudnia Papież podpisał List Apostolski „Patris corde” (>>czytaj<<)

w 150. rocznicę ogłoszenia św. Józefa Patronem Kościoła powszechnego

„Rok św. Józefa” dekret o odpustach zupełnych (>>zobacz<<)

Święta

Poniedziałek, III Tydzień Wielkiego Postu
Rok B, I
Dzień Powszedni

Wyszukiwanie

Sonda

Czy podczas wakacyjnych wyjazdów odwiedzasz sanktuaria i znane miejsca pielgrzymkowe?

Tak, staram się odwiedzić takie miejsce w każde wakacje.

Tak, zawsze szukam sanktuarium w pobliżu miejsca wypoczynku.

Nie, nawet nie pomyślałem/am, o takiej możliwości.

Spróbuję to zrobić w tym roku.


W POSZUKIWANIU LEKARSTWA DLA DUSZY 4

Najpierw modlitwa:

Przyjdź Duchu Święty i pomóż mi otworzyć się na słowo, przez które mogę zatęsknić za Bogiem, poznać Go i zapragnąć, aby ze mną pozostał. Ojcze w Niebie pozostań w moim życiu, pomóż w kłopotach, daj radość i pokój serca w codzienności. Ufam Tobie i zawierzam Ci siebie. Amen

 

dk. Jarosław Kojder

ODKRYĆ WARTOŚĆ SAKRAMENTU POKUTY

Każdy z nas, bez względu na swój status społeczny, urodzenie, wiek czy wykształcenie podlega pewnym zwyczajom, które panują w świecie. Wszyscy jesteśmy jakoś zobligowania do wydawania pieniędzy, ubierania się, przyzwoitego zachowania, utrzymywania jakichś relacji z drugim człowiekiem i wielu, wielu innych. Zdążają się jednostki, które robią w tych zwyczajach pewien wyłom, z różnych powodów, jednak trzeba stwierdzić, że są to marginalne sytuacje.

            Ludzie, skoro noszą ubrania muszą je też czasami prać. Czynimy to przede wszystkim po to, aby pozbyć się zabrudzeń. Jest to zwyczajna potrzeba każdego człowieka. Nie dopuszczamy tutaj zaniechania usprawiedliwiając się że nie chcemy dać zarobić firmom produkującym pralki, proszki, płyny czy nawet wodociągom. Ci powyżsi wykonują swoją pracę, aby uprościć nam te czynności. Ostatecznie to my wybieramy czy chcemy prać czy nie.

            Cały ten wywód może wydawać się dość absurdalny. Przecież to oczywiste, że pierzemy ubrania! Po co nad tym dywagować?

            Otóż chciałbym, abyśmy w tak oczywisty sposób spróbowali spojrzeć na spowiedź.

Pranie robimy kiedy pojawi się taka potrzeba. Albo nazbiera się kosz brudów, albo niektóre ubrania uległy takiemu zabrudzeniu, że natychmiast trzeba je wstawić do pralki, aby plama nie zaschła. Nie potrzeba dzisiaj poświęcać praniu za wiele czasu. Czasami lekko się zapierze, albo doda wzmocnioną chemię. Jest to zwyczajna czynność. Przez to mamy trochę bardziej frywolne podejście do brudzenia ciuchów, a i tych nam nie brakuje.

Dawniej ubrań było mniej i pranie zajmowało dużo więcej czasu, stąd większa była troska o czystość szat. Trzeba było namoczyć, zacierać, czasami poklepać deską, używać różnych pracochłonnych metod, mozolnie prasować. Utrzymaniu w czystości ubrania poświęcano duża wagę.

Jest to na pewno dość niedoskonały obraz, ale spróbujmy tak popatrzeć na tę celebrację. Jest ona próbą spojrzenia na kwestie własnej kondycji duchowej, właśnie z pewną starannością, aby przypomnieć sobie jej prawdziwą wagę; aby odkryć, że jesteśmy przyobleczenie drogocenną- drogo nabytą szatą.

Ważnym fragmentem Ewangelii wg. św. Mateusza jest ten zawierający 8 błogosławieństwach (Mt 5, 1-12). Jest to precyzyjne, na swój sposób, scharakteryzowanie wyznawców Chrystusa. Zaraz po nim Jezus mówi do swoich słuchaczy nazywając ich „solą ziemi” i „światłem świata”. My, skoro tego słuchamy, jesteśmy Jego uczniami. Nasz smak – ta wyjątkowa wartość soli jest nadana przez Boga. Nie osiągamy tego sami. Po prostu to dostajemy i z tego korzystamy.

Podobnie światłość, której nie my jesteśmy źródłem. To w nas trwa, bo zostało nam podarowane. I my sami możemy się tego pozbawić; możemy zjałowieć, zakryć się. Oczywiście nie żeby specjalnie. Jesteśmy ukierunkowani, aby ten dar w sobie utrzymywać, tymczasem to grzech w nas go ubezwładnia. Osobiste rozczarowanie tym, że po otoczeniu, po działaniach nie widać żeby się miało smak, ma swoją przyczynę w grzechu.

Czy to oznacza, że go nigdy nie miałem? NIE! Po prostu drobne reakcje do których dopuściłem, spowodowały że gdzieś się to we mnie zagubiło. Czasami, kiedy się coś zgubi, kiedy się zapomni o czymś próbujemy wrócić do miejsca, w którym ostatnio to mieliśmy, w którym pamiętaliśmy.

Spowiedź jest stanięciem wobec wyboru czy podejdę do konfesjonału jako do pralki, załączę program przyśpieszonego czyszczenia sumienia? Czy podejdę tam, aby spotkać się z właścicielem, który mi tę biała szatę, wybieloną we krwi dał na moim chrzcie św., aby ją znowu wybielił ?

Bóg jest zaangażowany w twoją spowiedź. W „Księdze Proroka Ozeasza” Pan wypowiada ustami proroka następujące słowa: „Moje serce się wzdraga i rozpalają się moje wnętrzności. Nie chcę, aby wybuchnął płomień mego gniewu i Efraima już więcej nie zniszczę , albowiem Bogiem jestem, nie człowiekiem; pośrodku ciebie jestem Ja – Święty, i nie przychodzę, żeby zatracać”.

To, że grzeszymy nie jest mu obojętne, nie jest niezauważalne. On stoi pośrodku nas. To jest Jego Świętość, Jego inność, odmienność; cały czas ma wobec nas nadzieję, ma plany, chce przebaczyć.

Otóż otworzenie się człowieka w spowiedzi, po ludzku rzecz ujmując jest trudne. Wymaga udzielenia dostępu do swojego wnętrza drugiej osobie. I to wnętrza widzianego oczami grzechów. Każdemu zależy na kreowaniu dobrego wizerunku. chlubą dla nas jest to, w czym jesteśmy dobrzy. Elementy, które świadczą o naszej niedoskonałości są raczej skrywane w warstwie do której nikt nie ma dostępu. Boimy się, aby ktoś nie przestał nas lubić, patrząc widząc nas przez pryzmat naszych niedoskonałości. Z jakiego powodu mielibyśmy się przed kimś kajać za czyny, które są złe, ale mimo wszystko nie dotykają go raczej w sposób bezpośredni. Pośrednictwo kapłana wydaje się więc być nieuzasadnione.

Jednak w konfesjonale czeka na nas przede wszystkim Pan, który chce nas zbawić. Spodobało mu się aby to uczynić przez kapłana. Zaufajmy więc Jemu i pozwólmy się oczyścić 

W POSZUKIWANIU LEKARSTWA DLA DUSZY 3

Najpierw modlitwa:

Przyjdź Duchu Święty i pomóż mi otworzyć się na słowo, przez które mogę zatęsknić za Bogiem, poznać Go i zapragnąć, aby ze mną pozostał. Ojcze w Niebie pozostań w moim życiu, pomóż w kłopotach, daj radość i pokój serca w codzienności. Ufam Tobie i zawierzam Ci siebie. Amen

 

dk. Karol Diduszko

Umocnić miłość

Jednym z ważniejszych pojęć w życiu człowieka jest słowo miłość. „Gdyby ktoś spytał mnie – pisze w jednej ze swych książek Ks. Stanisław Orzechowski, znany pod przydomkiem Orzech - co robiłem przez ostatnie pięćdziesiąt lat w kapłaństwie, bez cienia przesady odparłbym, że jako duszpasterz w 90% zajmowałem się ludźmi, którzy odkrywają swoje powołanie do małżeństwa, pomagając im, jak odkryć je właściwie i jak właściwie zrealizować". Umocnić miłość. To temat tej konferencji, która będzie składać się z dwóch elementów. Najpierw będzie mowa o pierwszym powołaniu, za które odpowiada każdy człowiek – powołaniu do przyjęcia swego życia jako daru. Następnie podamy wskazówki, które mogą pomóc nam w realizacji podjętego powołania w naszym życiu.

1. Przyjęcie swego życia jako daru

Ksiądz Orzech ma wiele cennych powiedzeń. Jednym z nich jest: "Pierwsze powołanie, za które każdy z nas odpowiada, to przyjęcie siebie i swojego życia jako daru". To zdanie ma bardzo głęboką treść. Spójrzmy na pierwsze strony Pisma Świętego. Na początku stworzenia Bóg stworzył ludzi jako mężczyznę i kobietę: „Dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela”. To czytanie wiele razy słyszeliśmy podczas ślubów. Ale czy tak naprawdę rozumiemy jego sens? Polecenie Pana Boga, aby człowiek łączył się z drugim człowiekiem tak ściśle, by stanowić jedno ciało, ma znaczenie dosłowne i symboliczne. W jednym i drugim znaczeniu realizuje się w małżeństwie – przynajmniej powinno się realizować – ponieważ tak powiedział Bóg. W znaczeniu symbolicznym ten nakaz powinien być realizowany w każdej społeczności, w której przychodzi nam funkcjonować. Każdy z nas może odpowiedzieć sobie na pytanie: Jak realizuję to zadanie w moim życiu? Wybierając swoje życiowe powołanie, poznajemy swoją godność, swoją wartość. Gdy doceniamy drugiego człowieka, on zaczyna doceniać nas i w ten sposób się nawzajem ubogacamy. Moja wartość jest oparta na świadomości tego, że jest ktoś, kto mnie kocha, szanuje, myśli o mnie i troszczy się
o mnie. Posłużę się pewnym przykładem. Niech będzie on obrazem podjętego tematu. Drużyna reprezentacji Polski w piłce nożnej ostatnio przeżywa trudne chwile. Po październikowym wzroście formy przyszedł kryzys. Co go spowodowało? Baczny obserwator ostatnich występów biało-czerwonych może znaleźć odpowiedź na to pytanie: brak jedności w drużynie. Jeden z obrazów z ostatniego meczu: selekcjoner reprezentacji
w żywiołowy sposób zwraca uwagę jednemu z zawodników. Piłkarz ucina krótko uwagę trenera i odwraca się do niego plecami, gdy ten jeszcze mówi… Inna sytuacja: wyprowadzenie akcji przez zawodnika środka pola, który bezradnie rozkłada ręce, bo nie ma komu podać. Trzecia sytuacja: brutalny faul na zawodniku naszej drużyny. Zazwyczaj po chwili zbiera się niemal cała drużyna, aby w emocjonalny sposób dać wyraz dezaprobaty temu co się stało. Zabrakło tego: nie było kłótni z sędzią, wzajemnej asekuracji podczas akcji rywala, dobrej komunikacji przy wyprowadzaniu akcji. Jak widzimy, jedność lub jej brak, przekłada się na wyniki drużyny. Tak samo jest w naszym życiu.

2. Trzy wskazówki: Modlitwa przed krzyżem, ikona, lektura.

Wspomniany już przeze mnie Ksiądz Orzech mówił do narzeczonych: "To jest mój sposób na realizację mojego powołania: przytulić się i walnąć w krzyż czołem. Ty możesz pocałować, jeśli wolisz". Mogą przytulić się mama z synem, z córką, brat z siostrą, kolega
z koleżanką itd. Małżonkowie, narzeczeni, mogą się też pocałować. Czasem te dwie osoby, które żyją obok siebie będą dla siebie krzyżem. Gdy jedno zachoruje, trzeba będzie przynieść kubek wody, zawieźć do lekarza. Owszem, powiemy że robimy to z miłości...Ale ile ta miłość nas kosztuje wiedzą tylko sami zainteresowani... Czasem będzie krzyż niezrozumienia, kłótni, własnego „ego”. Pierwsza wskazówka jest taka: modlitwa przed krzyżem. Wspólna modlitwa, jak najczęściej, najlepiej codziennie. Modlitwa rodzinna, małżeńska, indywidualna, wspólnotowa. 

Drugą wskazówką będzie wpatrywanie się w ikonę. Ikona to nie jest zwykły obraz do oglądania. Ikonę się pisze. Jest wypełniona modlitwą. Zachęcam do kupienia sobie ikony i postawienia w centralnym miejscu. Można znaleźć ikonę krzyża, ikonę Pana Jezusa, Maryi, Świętej Rodziny oraz wielu świętych. Samo podziwianie ikony jest już modlitwą. Możemy mówić nawet o kontemplacji ikony, czyli oglądaniu jej z pewnym namaszczeniem, zachwytem nad pięknem Boga i stworzenia. Np. ikona Świętej Rodziny może być wielką pomocą dla rodziny znajdującej się w kryzysie. Maryja, Józef i Pan Jezus stanowią wzór rodziny.

Trzecia wskazówka to pogłębianie swojej wiedzy o tym, jak umacniać miłość w tych wspólnotach, w tych relacjach w których żyjemy: relacje małżeńskie, rodzicielskie, przyjacielskie, koleżeńskie, służbowe, kapłańskie, zakonne. Warto sięgać do porad tych, którzy mają doświadczenie. Czytam razem, z drugą osobą lub osobno. A zdobywana z pokorą wiedza nigdy nie zaszkodzi. Wiedza pomaga uporządkować wiele spraw, ćwiczy umysł, poszerza intelekt.

W Księdze Mądrości w Starym Testamencie czytamy: „Strach to nic innego jak zdradziecka odmowa ze strony rozumu” (Mdr 17,11). Tam gdzie rozum sobie nie radzi, pojawia się lęk, obawa. Nie bójmy się umacniać naszą miłość, tam gdzie jej brakuje, tam, gdzie na co dzień żyjemy. Nie bójmy się zaryzykować umacniać naszą miłość. Dawanie miłości jest ryzykowne, czasem wiele kosztuje. Przekonał się o tym nasz Zbawiciel Jezus Chrystus oddając swoje życie za nas na krzyżu. Ale ofiarna miłość daje błogosławione owoce. Dzięki śmierci Pana Jezusa mamy nadzieję życia wiecznego i zmartwychwstania. Gdy stawiamy sobie za cel umacnianie miłości, nie rezygnujmy zbyt szybko. Bo owoce naszej postawy na pewno przyjdą. Jakość naszego życia będzie o wiele wyższa, gdy będziemy starać się umacniać relacje, w których przychodzi nam żyć.

W POSZUKIWANIU LEKARSTWA DLA DUSZY 2

Najpierw modlitwa:

Przyjdź Duchu Święty i pomóż mi otworzyć się na słowo, przez które mogę zatęsknić za Bogiem, poznać Go i zapragnąć, aby ze mną pozostał. Ojcze w Niebie pozostań w moim życiu, pomóż w kłopotach, daj radość i pokój serca w codzienności. Ufam Tobie i zawierzam Ci siebie. Amen

 

dk. Artur Jaguszczak

Umocnić nadzieję

„Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze” – tak zwykliśmy pocieszać się

w różnych trudnych sytuacjach naszego życia. Mówi się też, że „nadzieja umiera ostatnia”. Ale czy nadzieja może w ogóle umrzeć? Twierdząco na to pytanie odpowiedzą ci, którzy nadzieję pokładają jedynie w doczesności. Tymczasem Katechizm Kościoła Katolickiego podpowiada nam, że nadzieja chrześcijańska dotyczy przede wszystkim życia wiecznego.

            Tymczasem człowiek współczesny coraz bardziej zamyka się w doczesności. Coraz mniej obchodzi go wieczność, a to, co teraz, uważa za najważniejsze. Nic więc dziwnego, że jeśli życie na ziemi jest jedynym, jakie przypada mu w udziale, to próbuje jak najbardziej się dorobić, osiągnąć jak najwyższe stanowiska i być ze wszech miar lubianym, podziwianym i szanowanym. Ci o wyższych ambicjach, zdobędą się na obranie za cel założenie rodziny czy zaangażowanie społeczne, ale na tym koniec. Bez perspektywy wieczności nie ma sensu na więcej. Wtedy również i nadzieja staje się doczesna. Jak coś się na ziemi kończy, jak np. życie ludzkie, to znaczy, że kończy się totalnie i nie ma już nadziei na to, że będzie jakoś kontynuowane.

            Tymczasem my tego „kończenia się” doświadczamy na co dzień. Jak bardzo byśmy nie uciekali w stronę komfortu, zawsze doświadczać będziemy ludzkiej ograniczoności. Dopiero z perspektywą wieczności, można ją zaakceptować. Inaczej nie ma sensu. Tym właśnie dla życia jest chrześcijańska nadzieja. Perspektywa życia wiecznego pozwala zaufać Bogu, że owo codzienne doświadczenie „kończenia się” ma sens.

            Taką właśnie nadzieję wyraża w swoim wierszu pt. „Nadzieja” Ludwika Kownacka – poetka zesłana do Kazachstanu w czasie II wojny światowej. Oto jego fragment:

O pomóż, Panie, bo dusza ma biedna

Boi się zostać wśród burz sama jedna.

Boi się tego, że w walce ulegnie

Grzechem najgorszym, rozpaczą się zegnie.

O daj mi, Boże, daj cnotę nadziei,

Niech wiem, że wszystko z Twą wolą się dzieje

I że tę burzę, co duszę mą nęka,

Gdy Ci zaufam, uciszy Twa ręka.

To, co dodaje sił w różnych przeciwnościach, to świadomość, że ktoś nad tym wszystkim czuwa, że to co się dzieje, nie jest jakimś bezsensownym przypadkiem. Tym Kimś jest Bóg. Przeświadczenie, że On nad wszystkim panuje, rodzi ogromną nadzieję – większą nawet od śmierci. Bo czyż w zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa nie okazało się właśnie, że ma On władzę nawet nad śmiercią? Zatem wszelkie przeciwności, nawet te zagrażające życiu, nie są ostateczne, nie są definitywne, nie są totalne. Nawet wtedy, kiedy doświadczamy „kończenia się” ludzkiego życia, możemy mieć nadzieję.

            Możemy, a nawet powinniśmy, gdyż jej brak może doprowadzić do – niechcianej przez autorki wiersza – rozpaczy. Rozpaczy definitywnej, a więc utraty nadziei na zbawienie, na życie wieczne. Wtedy wszystko inne też traci sens. Skoro ostatecznym kresem wszelkich starań i tak będzie śmierć, to po co się starać? Po co być dobrym? Takie konsekwencje może mieć utrata nadziei. Wtedy strach przez przeciwnościami staję się potężniejszy od zaufania Bogu.

            Mamy zatem prawo i obowiązek pielęgnowania nadziei, płynące z tajemnicy chrztu świętego, na którym każdy, bez wyjątku, otrzymał cnoty wiary, nadziei i miłości. Nadzieję i miłość można utracić przez grzech, dlatego jesteśmy wezwani do nieustannego nawracania się i pielęgnowania tych cnót nadprzyrodzonych. Są one darem od Boga i do Niego się też odnoszą. Stąd ostatecznym przedmiotem chrześcijańskiej nadziei jest sam Bóg. Nasza nadzieja nie jest bezosobowa. Stoi za nią Ktoś, kto nas kocha, kto się o nas troszczy i kto nigdy nie dozwoli, abyśmy dźwigali krzyż ponad nasze siły.

            Tymczasem strach i przerażenie, jako przeciwstawne nadziei, dotyczą często jutra. O ile dzisiaj jeszcze daję radę, bo przecież żyję, o tyle nie wiem co będzie jutro, dlatego się boję. Perspektywę tę może odmienić ufność pokładana w Bogu i wiara w słowa Jezusa: „Nie martwcie się o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać (…) Nie martwcie się więc o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie martwić się będzie” (Mt 6, 25.34). Gdyby nie czuwający nad nami Ojciec, to „niemartwienie się”  byłoby irracjonalne. Tymczasem możemy być pełni nadziei.

            Na koniec trzeba wspomnieć o tym, że to wszystko jest dziełem łaski Bożej. Jeżeli tylko się na nią otworzymy i pozwolimy Bogu działać w naszym życiu, możemy mieć pewność, że nigdy nie zabraknie w nas nadziei. W końcu nie jesteśmy poddani ślepemu losowi, lecz jesteśmy prowadzeni przez Boga drogami życia doczesnego do szczęścia wiecznego. Wszystko, co się dzieje, ma nadany przez Boga sens. Nasze życie ma jasno określony cel, którym jest niebo. Nawet, jeśli napotykamy w życiu różne przeciwności, nie są one bezsensowne.

W POSZUKIWANIU LEKARSTWA DLA DUSZY 1

Najpierw modlitwa:

Przyjdź Duchu Święty i pomóż mi otworzyć się na słowo, przez które mogę zatęsknić za Bogiem, poznać Go i zapragnąć, aby ze mną pozostał. Ojcze w Niebie pozostań w moim życiu, pomóż w kłopotach, daj radość i pokój serca w codzienności. Ufam Tobie i zawierzam Ci siebie. Amen

 

dk. Łukasz Toporek

Umocnić wiarę

            Chciałbym się dzisiaj podzielić sekretem szczęścia.

            Jak ja go odkryłem? Jaka była moja droga do poznania tego sekretu? Chcę Ci to opowiedzieć.

Nawet wtedy, kiedy przeglądamy Pismo Święte, bo na przykład jest nowe, to czasami wpadnie nam w oko tekst, który może odmienić nasze życie. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego akurat Pan chce właśnie tak przeskanować moje życie, które czasami jest bardzo poranione? Może właśnie wtedy jestem ciekawy, co Stwórca chce mi powiedzieć, bo moje serce potrzebuje pomocy, a ja, nie mam odwagi tego wykrzyczeć. Duszę się, ponieważ chcę porozmawiać z Bogiem, ale mam blokadę. Blokadę serca.

            Przeglądając karty Pisma Świętego natrafiłem na tekst, który opowiadał o setniku, który wyznał, że Jezus był prawdziwym Synem Bożym. Znamy te scenę, z opisu Męki Chrystusa. Tak niepozorne zdanie, tak umykające naszej uwadze, może nawet niepasujące do tego momentu, tak jakby to był dodatek. Przecież Jezus wyzionął ducha, i powinna być cisza…cisza, bo Król odszedł. Ale to własnie ten niepozorny setnik wzbudził we mnie wielkie zainteresowanie. Tak wielkie, ponieważ odkryłem w nim siebie i zacząłem szukać informacji na temat osoby setnika.

            Longinus, bo tak go nazywamy. Żołnierz, który przebił bok Jezusa. Od X wieku w żywotach świętych funkcjonuje legenda o ślepocie Longinusa na jedno oko. W momencie przebicia boku martwego Chrystusa, Krew Pańska trysnęła na oko żołnierza i w cudowny sposób odzyskał on wzrok –tak przekazuje nam XIII-wieczna legenda franciszkanina, św. Bonawentury. Po śmierci Jezusa wyznaczono mu nowe zadanie: pilnowanie grobu, w którym złożono ciało Jezusa z Nazaretu. Setnik miał być świadkiem Zmartwychwstania, co jeszcze bardziej utwierdziło go w zmianie dotychczasowego stylu życia.

            Prosty rzymski żołnierz, który tak naprawdę nie miał nic wspólnego z nauczaniem Syna Bożego, wyznał publicznie wiarę i uwierzył. Może kiedyś słyszał o kimś takim, kto leczy, kto głosi nauki swoim uczniom, kto sprawia, że ludzie idą za Nim. Ale czy wiedział, że to jest Syn Boga? Nie wiadomo. Mógł nawet koło Niego przechodzić i za bardzo nie zwrócił uwagi, bo to przecież Żyd.

Tak samo jest ze mną i z Tobą, słyszysz, ale nie słuchasz, przechodzisz, ale nie widzisz. Modlisz się ale, nie czujesz. Jean Paul Sartre w swojej krótkiej autobiografii Słowa opowiada, jak utracił wiarę. Oto jej fragment: do niewiary nie przywiodły mnie sprzeczności dogmatów, lecz życie. Bo przecież wierzyłem – co dnia klękając w koszuli na łóżku, odmawiałem, złożywszy ręce, swój pacierz, alem o Bogu myślał coraz rzadziej. Kilka lat utrzymywałem jeszcze z Wszechmocnym stosunki oficjalne; prywatnie zaprzestałem składania Mu wizyt. A on coraz rzadziej na mnie spoglądał. W końcu odwrócił oczy! (...) Pragnąłem Boga, dano mi Go. Przyjąłem ów dar, nie pojmując, żem Go szukał. Nie zapuściwszy korzeni w moim sercu, wegetował czas jakiś – potem umarł!

            Na czym więc polega sekret szczęścia? Myślę, że na niczym innym, jak na pokorze chwili. Pokorze, która stawia człowieka w prawdzie o samym sobie. Jest jakby rezonansem naszego ducha, który rwie się do Boga, ale czasem jest blokowany przez ciało. Adwent rezonuje naszego ducha pod względem ciszy i wiary. Wiary, która domaga się życia według ducha. Jest to szczególny czas oczekiwania na przyjście Syna Bożego. Może dalej myślisz, że to czekanie na Boże Narodzenie, ale On może przyjść do Ciebie o wiele szybciej. Może weźmiesz kiedyś Biblię do rąk, otworzysz i zobaczysz, że przyszedł. Przyszedł w pokornym Słowie, które się nie narzuca, Słowie, które żyje. Teraz zależy od Ciebie, czy chcesz Go zobaczyć i uwierzyć, czy dalej iść swoją drogą. Czy ten Dar zakorzeni się w twoim sercu, czy też umrze śmiercią zapomnienia?

            Chciałbym z Tobą podzielić się sekretem szczęścia. Chciałbym powiedzieć Ci, że tym szczęściem jest żywy Bóg, który czeka na Ciebie z otwartymi ramionami. Który Cię bezgranicznie kocha. Wierzysz w to…?

Hasło roku duszpasterskiego 2020-2021

Licznik

Liczba wyświetleń:
1910971

PAMIĘTAJMY O NASZYCH WIELKICH

100 rocznica urodzin św.Jana Pawła II

Beatyfikacja kard. Stefana Wyszyńskiego

Dzisiaj jest

poniedziałek,
08 marca 2021

(67. dzień roku)

XXVIII PP DL Jasna Góra 2020

Grupa 5 zgorzelecka rusza 1 VIII

01.08 Oława - Czepielowice - 24,6 km